Кася Комар-Мацинська ■ ІНТЕРВ’Ю ■ №2, 2020-01-12

Rozmowa z kuratorkami wystawy „Centrum Światów jest Tutaj”, artystkami wizualnymi, Przemyślankami – Lilą Kalinowską i Jadwigą Sawicką.

Ураїномовна версія тексту – тут

Wystawa zaistniała w przestrzeni miejskiej Przemyśla, w bezpośredniej okolicy ulicy Kościuszki, w grudniu 2019 r. [link do tekstu o wystawie]. Był to autorski projekt Lilii Kalinowskiego oraz Jadwigi Sawickiej zrealizowany dzięki finansowemu wsparciu Instytutu Goethego, współpracy Towarzystwa Ulepszania Miasta, Towarzystwa Przyjaciół Nauk, Związku Ukraińców w Polsce, Zgodnej Inicjatywy Wspólnie na 100, kawiarni Libera.

Foto z facebook.com/Kawiarnia.Libera

Mieszkańcy naszego miasta mają tendencję do mówienia, że w Przemyślu nic się nie dzieje. Wasz projekt pokazuje że to nie prawda, jednak tematyczny akcent wystawy postawiony jest na momentach z przeszłości tego miasta. Dlaczego?

Jadwiga Sawicka: Faktycznie, mówiąc o Przemyślu mamy wrażenie, że dobrze to tutaj już było, tak mniej więcej na przełomie XIX i XX wieku. Działo się i ekonomicznie i kulturalnie, miejscowa inteligencja była zaangażowana w rozwój miasta. Czasy świetności mamy za sobą, gołym okiem widać kontrast między wizerunkiem Przemyśla wczoraj i dziś. Naszym projektem wracamy do przeszłości, żeby zrozumieć dynamikę zmian, szczególnie w kontekście różnych i licznych narodowości, które kiedyś tutaj mieszkały. Oczywiście nie wrócimy do tamtych czasów, nie mamy na celu archaizowania współczesności. Możemy jednak prowokować sytuację „dziania się” za pomocą dostępnych nam środków.

Lila Kalinowska: Chcemy zastanowić się skąd bierze się wrażenie, że jest źle, nie zamierzamy jednak weryfikować czy tak rzeczywiście jest. Chodzi o to żeby ciężar momentu przenosić z przeszłości na współczesność, nie tracąc z pola widzenia, że niezmiennie – centrum światów jest tutaj.

Właśnie. Dlaczego „Centrum Światów jest Tutaj”?

Lila: Helen Deutsch, psychoanalityczka, jedna z inspiratorek naszej wystawy, w swoich wspomnieniach napisała, że centrum świata znajduje się w Przemyślu. Jednak to zdanie odkryłyśmy po tym, jak nazwa wystawy była już wymyślona.

Jadwiga: Głównie znaczenie ma tutaj liczba mnoga: światów. Podkreśla, że na tą nostalgicznie postrzeganą, dynamiczną przeszłość, składało się wiele kultur i ludzi. Także teraz, gdy pozwolimy sobie na mówienie o różnych sprawach w otwarty na stosowanie różnych form ekspresji sposób, to uda nam się stworzyć poczucie centrum. Bo centrum jest tam gdzie dzieje się coś ciekawego, nawet gdy jest to rzecz chwilowa. Są różne ciekawe miejsca, ale gdy zaczniemy coś robić tu, to tworzymy tu swoje centrum. Centrum jest więc tam gdzie jesteśmy my i nasza aktywność.

Lila: Ta nazwa mówi też czym była i jest wielokulturowość. Nie w sposób płaski, gładki, w którym mamy jeden piękny wielokulturowy Przemyśl, gdzie wszyscy trzymamy się za ręce. Nie chcemy sentymentalizmu czy idealizowania przeszłości. Skupiamy się na tym, że tu było centrum różnych światów i kultur, że te kultury żyły obok siebie, lecz każda z nich była osobnym bytem. Oczywiście przenikały się one, stykały czy przeplatały, lecz to nie był monolit. Współistnienie  w różnorodności nigdy nie było łatwe.

Jadwiga: Podobało mi się takie stwierdzenie, które padło podczas jednej z prelekcji naszego projektu, a dotyczyło środowisk inteligencji polskiej, ukraińskiej i żydowskiej w Przemyślu początku XX w. Mówię o konserwatyzmie nękanym zmianami. Bo owszem, ta część świata była światopoglądowo dość konserwatywna i to, że ciągle coś się tutaj działo, było z punktu widzenia osoby konserwatywnej nękaniem. Nie mniej jednak, patrząc z pewnej perspektywy, to właśnie stąd brała się dynamika zmian i rozwoju tego miasta.

Dlaczego „Centrum Światów” znalazło się przy ulicy Kościuszki?

Lila: Punktem wyjścia była kamienica przy ulicy Rynek 26, gdzie niegdyś mieszkały dwie inspirujące postacie: Helen Deutsch i Ołena Kulczycka. To ich biografie oraz ten moment, w którym one mogły się spotkać ale też wcale nie musiały, zbudowały nam pomysł na wystawę. Centrum przesunęło się jednak w okolicę ulicy Kościuszki, bo to naturalne sąsiedztwo Rynku.

Jadwiga Sawicka

Jadwiga: Zależało nam, żeby to artystyczne działanie było zwrócone ku ulicy. Idąc więc od kamienicy Rynek 26 w stronę Sanu patrzyłyśmy co można wykorzystać ekspozycyjnie, szczególnie okna budynków i witryny. Od tego też zaczęło się myślenie o artystycznych interwencjach. Możliwość skorzystania z kawiarni też miało spore znaczenie, bo początek XX w. to przecież inteligencja przesiadująca w kawiarniach. Jako artystki wizualne myślimy przestrzenią – gdy widzimy poszczególne budynki, witryny, ulice to trochę tak jakbyśmy były w galerii i patrzyły na ściany.

Lila: Było dla nas istotne, że przy ulicy Kościuszki znajduje się siedziba Towarzystwa Przyjaciół Nauk oraz Dom Ukraiński. Zaangażowanie tych instytucji w akcję miało ogromne znaczenie. Przeniesienie pewnych punktów z przeszłości do współczesności, pokazanie pewnej ciągłości, było także bardzo ważne.

Dlaczego zdecydowałyście skupić sens swojej wystawy na historii Helen Deutsch i Ołeny Kulczyckiej?

Lila: Po pierwsze dlatego, że żadna z nich nie została dotąd upamiętniona w przestrzeni miejskiej Przemyśla. O Helen Deutsch czasem wspomina się, że była uczennicą Freuda. Ołena Kulcycka, chociaż ma swoje muzeum we Lwowie, w Polsce jest zupełnie nieznana. Gdyby nie doktor Olga Solarz, która zaczęła o nich mówić w kontekście wspólnej kamienicy, dalej tkwilibyśmy w niewiedzy. A były to dwie bardzo nieszablonowe kobiety, własną niezależnością przekraczające epokę, w której żyły. Helen Deutsch uciekała z domu do póki nie dostała od ojca deklaracji na piśmie, że umożliwi on jej zdanie matury. Z kolei Ołena Kulczycka nigdy nie wyszła za mąż, była bardzo niezależna i nie wpisywała się w zasadzie w żadne schematy dotyczące ówczesnych kobiet. Trudno o lepsze historie żeby mówić o emancypacji. One oraz ich kamienica to esencja wielokulturowego Przemyśla.

Jadwiga: Przedstawienie perspektyw Ołeny i Helen pozwoliło nam mówić o Przemyślu w sposób, który jeszcze nie został rażąco wyeksploatowany. Wiemy, że było kilka inicjatyw, aby ustanowić na kamienicy Rynek 26 tablicę upamiętniającą te dwie postaci, lecz z jakiegoś powodu do tej pory nie może się to wydarzyć. Jest to z kolei odbicie dzisiejszego stanu rzeczy – niby jest chęć, ale jest też niemoc. Wymiar artystyczny, postawienie Deutsch i Kulczyckiej w centrum naszych działań pozwoliło  na rozwinięcie takich wątków jak wyjazdy – bo młode kobiety jak Helen Deutsch musiały wyjeżdżać żeby się rozwijać, kształcić ale także powroty – bo Ołena Kulczycka zamieszkała tutaj żeby prowadzić swój salon artystyczny, który stał się ośrodkiem życia ówczesnej inteligencji ukraińskiej. Pamiętajmy, że był czas dynamicznego formułowania się nowych narodowych tożsamości – zarówno polskiej jak i ukraińskiej, a także żydowskiej.

Czy artyści, których prace złożyły się na wystawę „Centrum Światów jest Tutaj” są w jakiś sposób związani z Przemyślem?

Jadwiga: W większości nie są. Zaprosiłyśmy artystów, pracujących z tematyką pamięci w przestrzeni miejskiej, otwartych na działania efemeryczne, gotowych do podjęcia ryzyka, że to co robią może być w ogóle niedostrzeżone lub na odwrót – dostrzeżone jako zaczepka albo przeszkoda. Szukałyśmy więc ludzi, którzy docenią okazję pracy w tym otoczeniu, dla których dana sytuacja stanowi przewagę nad klasyczną wystawą w galerii, gdzie przychodzi konkretna publiczność i nie trzeba walczyć o dodatkową uwagę. Ważna była także obecność miejscowych twórców – dlatego pomyślałyśmy o studentach.

Lila Kalinowska

Lila: Wydawało nam się, że studenci są dość blisko spraw, o których mówimy. Na PWSW uczy się sporo studentów z Ukrainy. Prowadziłyśmy więc warsztaty tu i na Uniwersytecie Rzeszowskim. Spojrzenie studentów było cenne, chociaż ich udział niestety nie tak liczny jak się tego spodziewałyśmy. Wracając jednak do artystów z zewnątrz – stworzyłyśmy dla nich szansę, aby być tu wcześniej, wsłuchiwać się w Przemyśl, pobyć w nim, poobserwować go i poczuć. Mogli chodzić ulicami, podsłuchiwać ludzi, rozmawiać z nimi, nagrywać różne dźwięki, szperać na giełdzie staroci. Każdy dla siebie coś wygrzebywał, kogoś mocno zafascynowała Helen Deutsch, ktoś inny galicyjskim sentymentalizmem do czasów CK. Intrygujący okazał się zachwyt czasem zaboru, niewolności.

Przygotowanie wystawy poprzedziła dość spora społeczna mobilizacja wśród organizatorów i partnerów projektu. Skąd ten entuzjazm w obszarze raczej niszowym jakim jest sztuka współczesna?

Lila: Nasz projekt pokazał społeczny potencjał na odbiór sztuki. Wystawa była niestandardowa: nie to, że się idzie od galerii, gdzie jest pewne środowisko, wszyscy się znają. Tu było zimno, byliśmy na ulicy, a mimo to było mnóstwo ludzi, którzy na co dzień raczej nie chodzą na wernisaże. A jednak zainteresowało ich to co robimy. Oprócz artystycznego, utartego środowiska udało nam się otworzyć na ludzi wrażliwych, na wydarzenie społeczne. Dla mnie to bardzo istotne. Nie stała za nami żadna instytucja, w związku z tym potrzebowałyśmy pomocy. I pojawiała się ona z każdej możliwej strony. Ten projekt pod koniec stał się po prostu czynem społecznym – przyszli ludzie, zakasali rękawy i pracowali. Niezależnie czy trzeba było wejść na drabinę, upiec pierniczki czy nalewać grzańca. Pojawiła się w tym bardzo fajna siła i energia.

Coś czego Przemyśl potrzebuje…

Lila: I czego potrzebują ludzie. Bo potem słyszałam nie od jednej osoby, że chce więcej i że czuła moc wspólnego tworzenia. Widzę tu ogromną potrzebę uczestniczenia w dzianiu się. Idea była ważna ale wygrało to, że każdy mógł pomóc, że projekt był otwarty.

Myśląc o zmianie sposobu postrzegania Przemyśla – czy nasze miasto dzięki takim inicjatywom, jakich mam nadzieję, będzie coraz więcej, ma szansę budować wizerunek miasta rozwijającego się poprzez sztukę?

Lila: Nie wiem. Ponieważ nie jest mi tu dobrze pod wieloma względami, to staram się tworzyć taką przestrzeń żeby móc robić coś swojego. Niestety nie sądzę, żeby z boku gospodarzy Przemyśla było tyle wyczucia tych spraw, żeby sztuka była głównym nurtem dla rozwoju miasta…

Jadwiga: Ale z drugiej strony, biorą pod uwagę reakcję artystów, którzy wzięli udział w naszej wystawie, ludzie bardzo chętnie przyjmują zaproszenie do Przemyśla. Wydaje mi się, że to jest tutaj ogromny potencjał, ale na pewno nie można go szukać w zużytych kliszach. Dlatego nie Szwejk, nie Twierdza.

Lila: Zgadzam się, miasto ma potencjał. Jest piękne i zróżnicowane, ma za sobą kawał historii. Sam Przemyśl. Jednak współczesne konteksty, te trudne czasy sprawiają, że tak naprawdę codziennie od nowa podejmujemy decyzje czy chcemy tu być.

**

Lila Kalinowska – artystka, działaczka społeczna, członkini Towarzystwa Ulepszania Miasta Przemyśla, doktorantka na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Rzeszowskiego. Scenografka i architektka wnętrz, ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie.

Jadwiga Sawicka – artystka malarka. Studiowała na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowni Jerzego Nowosielskiego. Tworzy obrazy, fotografie, obiekty, instalacje tekstowe, wystawy w przestrzeni publicznej. Pracuje w Instytucie Sztuk Pięknych Uniwersytetu Rzeszowskiego Współpracuje z Galerią BWA Warszawa.

Поділитися:

Схожі статті

Cлавімо Його!

Роксана Вікалюк ■ КУЛЬТУРА ■ №4, 2020-01-26 Інспірації та імпровізації Різдво, Різдво... Різдвоооо!!!! Прокотилося Cвітом, продзвеніло, задзеленчало-замекало козенятком, сріблом золотом зоряно..нагодувало кутею, посипало пшеницею..навіншувало,...

Напишіть відгук

Ваша пошт@ не публікуватиметься. Обов’язкові поля позначені *

*
*