Spotkałam Bojków deportowanych w region Mariupola…

Iza Chruślińska

*** Українська версія статті буде опублікована в “Українському альманасі”, який щороку видає Об’єднання українців у Польщі***

Od czego zacząć tę opowieść o powrocie w przeszłość, która jest nadal obecna w losach żyjących ludzi! O przesiedlonych w 1951 r. na wschodnią Ukrainę  z Zachodniej Bojkowszczyzny, o nich wie się i pisze najmniej.  Czy od klucza do chaty we wsi Żołobok, w Bieszczadach, chaty, która nie istnieje od 70 lat, we wsi, której też nie ma od siedmiu dekad, ale przechowanego jak największa świętość przez najmłodszą z rodziny Husjak, Hannę, rocznik 1948. Jej rodzina, wraz z całą wsią, była deportowana w 1951 r. pod Mariupol do wsi Novooleksijvka. Czy od mojego wzruszenia na widok twarzy i wpatrzonych we mnie oczu dwudziestu, już bardzo starych, żyjących jeszcze osób, spośród grupy przesiedlonych wówczas z dwóch wsi, Żołobka i Riabe. Ci ostatni przesiedleni do wsi Krasinivka, dziś Soniaszne. Czy od opisu ich rozjaśniających się twarzy, kiedy zaczęli śpiewać „swoje” pieśni, bojkowskie, ukraińskie z własnego regionu, nieznane na Ukrainie. Czy może od drogi z Mariupola do Soniasznego, kiedy wpatruję się w wysuszone płaskie pola po obu stronach drogi, szarawe z połaciami słoneczników, z ledwo żółtymi, bo raczej brązowymi główkami, z dominującymi szarawo-brązowymi kolorami, choć to dopiero koniec września. Myślę o rodzinnych górach przesiedlonych, o Bieszczadach, o bogactwie przyrody, jaka tam rośnie, o górach, a także o tym, co zobaczyli przesiedleni, kiedy ich tu przywieziono, a ostatnia grupa przyjechała właśnie na początku jesieni. Kołchozową, biedną wieś, położoną w płaskim terenie, otoczoną wysuszonymi polami i łąkami z resztką brązowych słoneczników…

Jakoś wzruszenie, im bliżej do wsi, większe, wzruszenie i niepewność. Bo jakże, jadę z dalekiej Polski, co prawda ich rodzinne wsie są w granicach dzisiejszej Polski i były przed wrześniem 1939 r., ale potem w latach 1939-41 w granicach ZSRR i po 1944 do 1951r. znowu w granicach Zw. Sowieckiego. Nie mam ukraińskich, bojkowskich korzeni, mogą spytać, dlaczego chcę z nimi rozmawiać, w końcu i od przedwojennej Polski wiele dobra nie doznali. No, ale trudno, jadę bo muszę, coś mnie popycha i każe tam być, widzieć się z nimi, posłuchać ich historii i powiedzieć im, że ktoś o nich tu, w Polsce pamięta. Pamiętają przede wszystkim Ukraińcy z Polski, wśród nich wielu Bojków, tyle że przesiedlonych w ramach akcji Wisła i rozproszonych dzisiaj po Polsce. Ale pamięta o nich także malutka garstka Polaków, do których i ja się zaliczam. Właściwie tylko tyle mogłam im powiedzieć, i jeszcze to, że ich losy, ich historie są dla mnie bardzo ważne, że chcę je ponieść dalej, do Polski przede wszystkim, ale poprzez tekst i do ukraińskich czytelników. To bardzo mało, mam tego świadomość, ale tyle mogę….

W 1951 r., na mocy umowy między PRL-em a ZSRR odbyła się ostatnia zmiana granic między oboma krajami, a w związku z tym podjęta przez komunistyczne władze decyzja o przymusowych wysiedleniach z terenów, które przekazywano w granice PRL, Ukraińców, głównie Bojków na wschód Zw. Sowieckiego, oraz z terenów przekazywanych do ZSRR – Polaków. W ramach tych przesiedleń (trzeciej fali, po przesiedleniach lat 1944-46 i akcji Wisła w 1947 r.) wywieziono około 35 tysięcy    Ukraińców (według danych Natalii Klasztornej). W 1951 r. przesiedlano w większości całymi wsiami, choć były przypadki rozdzielania rodzin, do tej samej wsi na wschodnich obszarach radzieckiej Ukrainy: trafiali w regiony Odessy, Mikołajewa, Donbasu, na Chersonszczyznę.

Tyle suchych informacji, za nią kryją się historie, dramaty i tragedie konkretnych ludzie.

O przesiedlonych Bojkach, w ramach obu fal przesiedleń do ZSRR, słyszałam najwięcej od moich przyjaciół, Ukraińców z Polski, i „moich”, jak ich czule nazywam, Bojków, najbliższych przyjaciół. Ich rodziny, wszystkie, deportowane po Polsce w ramach akcji Wisła, ale część ich rodzin z terenów dzisiejszej południowo-wschodniej Polski, doświadczyła przymusowych przesiedleń i w ramach obu innych fal. I tak na przykład, rodzina Piotra Tymy, od którego wiem o Bojkach najwięcej, ze strony  ojca, dziadek z córkami został przesiedlony ze wsi Zawóz w Bieszczadach, koło Czarnej, do wsi Tauriw,   w obwodzie Tarnopolskim, jeszcze w ramach przesiedleń 1944-46. A jeden z braci ojca, Mykoła został wywieziony na Sybir za odmowę wstąpienia do Armii Czerwonej.  Mama Piotra wraz z rodziną, spod Jarosławia, ze wsi Mołodecz, wysiedlona w ramach akcji „Wisła” na północ Polski, w okolice Morąga.  Takich ukraińskich rozdzielonych rodzin było tysiące…

Jeżdżę po Ukrainie od dawna, ale tak się złożyło, że wcześniej nie udało mi się trafić do wsi z mieszkańcami przesiedlonymi z Bieszczad, a bardzo chciałam spotkać szczególnie tych, których wygnano na daleki wschód sowieckiej Ukrainy. Czemu? Bo ich losy wydały mi się najstraszniejsze (specjalnie używam tego słowa). To były tradycyjne wsie bojkowskie tego regionu, świadome narodowo, wyznania grecko-katolickiego, dla których wiara i cerkiew stanowiły niezłomną opokę, na której opierało się życie, to były pracowite wsie, o dużej aktywności społecznej do 1939 r., z oddziałami lokalnymi Prosvity oraz  spółdzielni ukraińskich, ukraińskich świetlic. Życie ich układało się według dawnej tradycji, kobiety wyszywały, na Wielkanoc robiły pisanki, wiele z nich było prawdziwymi artystkami, choć nikt o nich nie słyszał, same szyły, cerkiew stanowiła ośrodek życia, to była też najsilniejsza oznaka narodowości. Wieczorami ludzie siadywali latem przed domami, zimą w domach na „veczirki” i śpiewali, śpiewali, czytali prenumerowaną ze Lwowa prasę. Tak opowiadają o życiu w Żołobku i Riabem przesiedleni mieszkańcy, starsi, sami pamiętają, najmłodszym opowiadano o utraconej Małej Ojczyźnie, życiu w rodzinnych wsiach już na dalekim ukraińskim wschodzie.

Bojkowie tych regionów mieli i swoje „hovirki” (dialekty), i swoje pieśni – nieznane na Wielkiej Ukrainie. Żyli w górach, górskich terenach, ich życie było związane z nimi od wieków. Ale i organicznie byli związani z tą strefą klimatyczną. Mieszkańcy tych terenów do wojny, prowadzili bardzo stacjonarne życie, świat kręcił się wokół „ich gór”. Nie będę tu pisała o polityce polonizacji II RP, gdyż ten tekst dotyczy innej tematyki, ale sygnalizuję, że taka właśnie była. Wejście sowietów jesienią 1939 roku i zajęcie częsci Bieszczad było początkiem końca tego prawiecznego świata.

Tradycyjny świat miał ulec zniszczeniu, ludność miała przetworzyć się w „nowego” sowieckiego człowieka, prześladowano aktywistów działających przed wojną i w czasie jej trwania w ukraińskich organizacjach społecznych, bogatszych gospodarzy, ludzi poddawano przymusowej sowietyzacji, niszczono cerkwie, a przynajmniej je zamykano, a księży grecko-katolickich mordowano lub wywożono na Sybir. Przez te pierwsze dwa lata okupacji sowieckiej (1939-1941), Zw. Sowiecki nie zdążył doprowadzić do zniszczenia starego świata i zaprowadzenia „nowego”. Potem przyszła okupacja niemiecka, kolejne prześladowania, wywózki, brutalnie egzekwowane kontyngenty,  zniszczenia, zbrojny konflikt polsko-ukraiński. W 1944 r. część tego terenu, za rzęką San weszła w skład ZSRR, przynosząc kolektywizację, pracę w kołchozach, rusyfikację dzieci i młodzieży, niszczenie cerkwi, prześladowania osób wspołpracujących bądź podejrzanych o wspieranie podziemia UPA     oraz deportacje do ZSRR. Ale ostateczny koniec tej małej cywilizacji nastał dopiero w 1951 r. To, czego nie zniszczyły wszystkie poprzednie lata i tragedie, zniszczyła ostatnia fala przymusowych deportacji na wschodnie tereny Ukrainy, wiosną-jesienią 1951 r.

Czemu więc najstraszniejsza, według mnie, dola spotkała szczególnie tych wysiedlonych na wschód. Bo tam różnica między tym, od czego ich siłą oderwano i tym, w co ich „wrzucono”” była największa. Opowieści osób, które spotkałam w Soniasznym, potwierdzały moje wcześniejsze wyobrażenia. Tyle, że przesiedleni nie dokonywali porównań z innymi, mieli tylko swoje własne, „straszne”, doświadczenie. Ukraińskie wsie Donbasu i Chersońszczyny zostały skolektywizowane już w 20 i 30 latach XX w., razem z przymusową kolektywizacją te regiony najsilniej dotknął Wielki Głód. Ukraińskie wsie wyszły z tych doświadczeń, „młynów” komunizmu, z „przetrąconym” kręgosłupem, bo i taki właśnie miała cel stalinowska polityka wobec ukraińskiej wsi lat 30-40. I do takich wsi trafili przesiedleni z Bieszczad.

To mój bagaż wiedzy i wyobrażeń, kiedy spotykam się z mieszkańcami Riabego i Żołobka, którzy jeszcze żyją od prawie 70 lat na dalekiej Mariupolszczyźnie, regionie nad Morzem Azowskim. Słucham ich historii. Najpierw o tym, jakim szokiem dla ich rodzin była w 1951 roku informacja o tym, że będą przesiedleni, gdzieś „na koniec świata’. Wiedzieli, że na wschód, daleko, gdyż najpierw zabrano młodych ludzi z ich wsi, aby budowali chaty w „nowych” miejscach przesiedlenia. Kiedy ci wrócili, opowiadali o bardzo ciężkich warunkach, jakie panowały w Novooleksijivce i Krasinivci (Soniaszne). Ale, nie mogli ani uciec gdzie indziej, ani odmówić wyjazdu. Zresztą o zdanie ich przecież nikt nie pytał. Przerzucano ich trzema falami, od wiosny do jesieni, pozwolono zabrać część przedmiotów oraz ograniczoną ilość bydła. Krowy, po przybyciu odebrano im dość szybko, gdyż wsie przesiedleń były kołchozami. Razem z przedmiotami użytku codziennego potrzebnymi do zagospodarowania się, ziarnem, mieszkańcy zabrali wyszywane własnoręcznie koszule, rusznyky, gorsety i zapaski, modlitewniki. Okruchy pamięci o porzucanym świecie…. Tylko niektórym udało się zabrać dzwonki z cerkwi, duże dzwony zostały zakopane w tajemnicy przed światem, to z opowieści Anny z Żołobka. Te małe dzwonki – świętość przechowana w ukryciu w jej rodzinnym domu babci i mamy, przez wszystkie lata Zw. Sowieckiego. Mogłam i ja je zobaczyć i dotknąć. Poruszyłam sercem dzwonka, cicho i żałośnie zaśpiewał…

Wieziono ich „tavarniakami”, jak je nawet po latach nazywają z rosyjska, towarowymi wagonami, zapchani po kilkadziesiąt osób w jeden wagon, starcy i kobiety z malutkimi dziećmi. Hanna Husiak miała 3 latka. Ale pamięta ten wagon, a także jak mama wychodziła na postojach doić krowy, bydło wieziono w innych wagonach. Hanna ma też w pamięci zapamiętane wspomnienie rodzinnego domu i widok na rzeczkę za nim. Tyle pamięta o domu, od którego klucz ma do dzisiaj…Od niej usłyszałam najpełniejszy obraz życia na wygnaniu. I to ona pokazała mi rodzinne pamiątki. Jej historia to historia kobiet, kobiet silnych, babci, Hanny Fedyszyn i mamy, Hanny. Dziad, Mychajło Fedyszyn, w czasie deportacji już nie żył, podobnie jak ojciec, Mychajło Husiak, zmarł na rok przed wysiedleniem. Ale to także i historia dzieci, a więc tych, których najłatwiej było poddać sowietyzacji.

W miejscach przesiedlenia czekały niedokończone chaty, bez okien i drzwi, jeść nie było specjalnie czego, nie było czym palić w kuchni, drzewa nie otrzymali, palili długo suszonymi łodygami słoneczników, podobnych do tych, których pola widziałam jadąc na spotkanie z nimi, albo jak ich zabrakło, ususzonymi odchodami krów. Panowała bieda, trudno było o żywość, wieś była zapuszczona i brudna. Przymusowa praca w kołchozie, a niebawem po przyjeździe konieczność oddania do kołchozu bydła przywiezionego z rodzinnych wsi. Trafili do wsi zamieszkałych przez miejscowych, ci nastawieni odpowiednio negatywnie przez władze do przyjezdnych bardzo długo nazywali ich z rosyjska „bandery”, pogardzali nimi, śmiali się z ich gwary i obyczajów. Uważali za wrogą ludność. Jedna z kobiet wspominając tamten czas i wyzwiska – płacze. Przesiedleni mówili  w ukraińskiej Bojkowskiej gwarze, miejscowi po rosyjsku, co również stanowiło powód do nienawiści. W zamian, przesiedleni Bojkowie zaczęli o miejscowych mówić „rusky”. Niechęć, podsycana przez miejscowe komunistyczne władze az do lat 80. XX w., trwała bardzo długo. Któraś z kobiet mówi: – i po co to było, dopiero teraz, jak jesteśmy już starzy, to widzimy, że niepotrzebnie taka wrogość panowała.

Przesiedleni, byli ludźmi wierzącymi i religijnymi, miejscowi – już nie! Cerkwi długo nie było, oczywiście prawosławnej, gdyż grecko-katolicka była aż do upadku komunizmu- zakazana. Ale radzono sobie. Dzieci poszły do radzieckich szkół, nie uczyły się języka ukraińskiego. Hanna Husjak skończyła we wsi Novooleksijvka szkołę podstawową i uczyć się dalej pojechała do Doniecka, potem wyszła za mąż i zamieszkała w Mariupolu. A więc z rodzinnego domu wyjechała mając 14 lat, język wyniesiony z domu zatarł się i dzisiaj mówi po rosyjsku, używając tylko od czasu do czasu ukraińskich słów.

Kiedy mówi o babci, Hannie, w jej głosie brzmi duma.  Urodziła 7 dzieci, jedno z nich zmarło w dzieciństwie, babcia musiała sobie radzić sama, bo mąż zmarł, kiedy dzieci jeszcze nie dorosły. Babcia była artystką, mówi Hanna, wszystko umiała robić: wyszywać, tkać, malowała najpiękniejsze we wsi pisanki, śpiewać, wspaniale gotowała. Wnuczka ma do dzisiaj wyszytą jej rękoma zapaskę. Mimo że upłynęło ponad 70 lat od jej wyszycia, haft i barwy nadal jak żywe. Miała mocny charakter, to ona przewiozła klucz od rodzinnego domu, musiała więc wierzyć, że powróci. Długo nie chciała oddać krów do kołchozu. W końcu rozumiejąc, że nie uda się ich pozostawić w obejściu, „wynegocjowała” z kierownikiem kołchozu, że odda, ale w zamian za to, że dom zostanie pokryty dachówką, gdyż domy, do jakich ich przesiedlono, były pokryte papą. To babcię Hannę wybierano w Żołobku najczęściej na chrzestną, ceniono jej zdanie i rady. Na obu zdjęciach zachowanych przez Hannę, na tym, gdzie jest sama i na tym z całą rodziną, w jej twarzy uderza mnie nie tylko charakter, ale i godność. Jej obraz długo nie opuszczał moich myśli. Wyobrażałam sobie jak właśnie jej musiało być ciężko w sowieckich warunkach. Była wychowana i znaczną część życia, urodziła się w 1895 r., spędziła w rodzinnej wsi Żołobok, Bojkini, przyzwyczajona do porządku, gospodarna, żyła według tradycyjnych wartości. Chociaż z dzisiejszej perspektywy, kiedy ją pozbawiono rodzinnego domu i wypędzono z rodzinnej wsi, nie była stara, miała 56 lat, według ówczesnych warunków była starszą kobietą. Resztę życia musiała spędzić w sowieckiej, kołchozowej wsi, biedzie, odebrano jej wszystko to, co było dla niej cenne, w tym własną ziemię i las (rodzina należała do bogatszych w Żołobku) i w czym ją wychowano. Nie usłyszałam opowieści o tym, jacy byli rodzice i dziadkowie innych przesiedlonych, mówili głownie o tym, jak ciężko było żyć w Soniasznym i Novooleksijivce, ale podobnych do Hanny Fedyszyny było na pewno więcej. Mamę Hanny, także Hannę, wyobrażam sobie, nie wiem dlaczego, jako wrażliwszą i delikatniejszą. Miała tylko jedno dziecko, nie wyszła po raz drugi za mąż. A mała Hanna, jako czternastolatka wyjechała ze wsi i już do niej nie wróciła. A mama, podobnie jak i babcia, miała rękę artystyczną, szczególnie do szycia i wyszywanek. Hanna zachowała jej gorsecik jeszcze sprzed wojny, aksamitny, wyszyty ręką mamy. Czy rzeczy zachowują charakter ich właścicieli, szczególnie, jeśli były zrobione ich ręką? Jeśli tak, to właśnie poprzez gorsecik czuję tę delikatność i wrażliwość mamy….

Wszystkim przesiedlonym najtrudniej było pogodzić się z niedbałością i brakiem gospodarności w nowym miejscu, z brakiem własnej ziemi, z wrogością, brakiem cerkwi. Z brakiem górskiej przyrody, zieleni, z wiosennymi i letnimi upałami, do jakich nie przywykli, do suszy. Tu temperatury sięgają 40-45 st, byłam tu rok temu w lipcu, nie było czym oddychać! Długo, bo aż do 1960 r. mieszkańcy wsi w Zw. Sowieckim nie mogli nawet wyjechać do innej wsi, ani do pracy w mieście, gdyż musieli mieć specjalne pozwolenie na przejazd, bez niego opuszczając wieś mogli trafić do łagru. Później, kiedy było już wolno, niektórzy próbowali pojechać na zachodnią Ukrainę, dopóki trwał ZSRR, do rodzinnych wsi nie mogli pojechać. Ale wracali na wschód, nie mieli już bliskich, nie mieli, gdzie żyć na zachodniej Ukrainie. Kilka lat temu, ci najmłodsi, jeszcze żyjący, zorganizowali wyjazd do rodzinnych wsi. W Riabem są po 1951 r. nowi mieszkańcy, wieś Żołobok (Żłobek) właściwie nie istnieje, choć przetrwała drewniana cerkiewka, z jakiej rodzinna Hanny przechowała dzwonki…To raczej dla nich wszystkich, ze względu na wiek, żyjący to roczniki od 1932 po 1950 r., odwiedzili wtedy rodzinną ziemię po raz pierwszy i ostatni po deportacji. Hanna za późno dowiedziała się o wyjeździe i nie pojechała, ma łzy w oczach, kiedy o tym mówi. To chyba jej jedyne marzenie, aby zobaczyć rodzinną wieś, choćby tę rzeczkę, na którą jako trzyletnia dziewczynka patrzyła i jakiej obraz zapamiętała.

Pytam, co im pomagało przetrwać. Żyć trzeba, pracować, zarabiać na chleb, żenić się i rodzić dzieci. Nie umieją powiedzieć, ale kiedy pada propozycja, aby zaśpiewać pieśni z rodzinnych okolic, ich twarze rozświetlają się. Pierwszy zaczyna śpiewać  Mychajło Kłysa, urodzony w 1933 r., spokrewniony z Hanną. Ma głos jak dzwon, przy kolejnej pieśni dołączają inni. Bo cóż może przetrwać w człowieku poza wspomnieniami, kiedy wszystko inne mu odebrano. Myślę, że w nich, na pewno wszystko mieści się w tych pieśniach, wspomnienia o małej ojczyźnie, ich los. Bojkowskie pieśni brzmią pod Mariupolem, daleko od rodzinnych Bieszczadów, ale niedaleko od Morza Azowskiego. Przenoszą ich w rodzinne Bieszczady. Z ich wspomnień wiem, że przenosiły także za sowieckich czasów. Spotykali się po domach, na „veczirky”, nieznane okolicznym mieszkańcom, rozmawiali, wspominali, ale przede wszystkim śpiewali…

Trudno jest mi rozstać się z nimi, czuję, że gdybym mogła pozostać dłużej, usłyszałabym więcej, to starzy ludzie, potrzeba im czasu, aby przywyknąć do nowych osób. Jednak, kiedy nadszedł czas pożegnań, moje wzruszenie udziela się także im. Mamy łzy w oczach, słyszę ważne dla mnie słowa. Cieszą się, że komuś ciekawe są ich losy, że ktoś pamięta o nich i ich tragedii. A ja obiecuję sobie, że w następnym roku będę w Riabem i Żołobku, że napiszę potem do nich, prześlę zdjęcia….”Moi” Bojkowie, tak już zawsze będę ich nazywać w myślach, spod Mariupola.

Post scriptum.

Bojkowski ślad napotkałam w regionie Mariupola jeszcze w innym miejscu, w jednej z przyfrontowych wsi kilkanaście kilometrów za Mariupolem spotykam panią Natalię Ivanivnę. Rozmawiamy, okazuje się, że jej rodzina ze strony mamy jest wysiedlona w bieszczadzkiej wsi Lutowiska. Ale jej historię opiszę innym razem. Jest równie dramatyczna!

***

Nazwiska żyjących przesiedlonych ze wsi Żołobok, mieszkają we wsi Novooleksijivka:

Sokova Olha (ur. 1950

Danyłyk Volodymyra, ur. 1939

Kłysa Mychajło, ur. 1933

Kłeban Fedir, ur. 1940

Vytjaz’ Volodymyr, ur. 1941

Vytjaz’ Kateryna, ur. 1947

Vytjaz’ Heorhij, ur. 1938

Antypova XXrystyna, ur. 1943

Kybkało Hanna, ur. 1931

Hladka Darja, ur. 1949

Bebkevycz Mykola, ur. 147

Kovalchenko Olena, ur. 1939

Stefkivska Kateryna, ur. 1932

Husjak hanna, ur. 1948

I ze wsi Riabe, mieszkają we wsi Soniaszne:

Habuła Iryna, ur. 1935

Horiunenko Stefanija, ur. 1935

Homivka Julianna, ur. 1934

Zhukovskyj Mychajło, ur. 1938

Zhukovskyj Vasyl, ur. 1945

Kashpor Marija, ur. 1940

Kotula Jarosłav, ur. 1945

Koszełec’ Stefanija, ur. 1945

Makar Anatolij, ur. 1951

Mormul’ Olha, ur. 1936

Novyc’ka Hanna, ur. 1939

Prunchak Stefanija, ur. 1947

Pryxod’ko Natalija, ur. 1951

Shevchyk Mychajło, ur. 1949

Shevchyk Ivan, ur. 1936

Habuda Bohdan, ur. 1938

Jakymec Ivan, ur. 1940

Поділитися:

Коментарі

  1. Не тільки під Маріуполем живуть бойки з Рябого . У Вроцлаві також . Мій дідо Іван Шкільник був парохом в Рябім і Жолобку . Замучений в Комомі АСРР . Наша сімя попала у Вроцлав дорогою через Комі .

Залишити відповідь

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

*
*