Na długo przed aneksją Krymu na Ukrainie wymyślono przysłowie „Rosyjski demokrata kończy się tam, gdzie zaczyna się kwestia ukraińska”. Była to gorzka ironia: rzeczywiście, wielu rosyjskich demokratów, promujących wartości europejskie, odmawiało podmiotowości Ukrainie i Ukraińcom. Teraz przysłowie o „rosyjskim demokracie” Ukraińcy coraz częściej przypominają w związku z Polską

Kwintesencją obrazu „rosyjskiego demokraty”, zgodnie z ukraińskim przysłowiem, stał się wiersz rosyjskiego noblisty Josifa Brodskiego, niewątpliwie geniusza „Na niepodległość Ukrainy” z 1994 r. Żegna on w nim Ukraińców — „orłów, hetmanów, kozaków i policajów” — mających zdradzić „wielką Rosję”, grożąc im i wspominając największych pisarzy obu narodów, Aleksandra Puszkina i Tarasa Szewczenkę: „Kiedy będziecie umierać, charcząc do materaca, wrócicie do Aleksandra, a nie do kłamstw Tarasa”.

„Kwestia ukraińska”, dylemat dla rosyjskiego demokraty, dziś jest pytaniem o demokrację jako taką. Czy nie zabraknie Europie tolerancji, żeby przyjąć Ukraińców ze wszystkimi ich bolączkami typu korupcja, tylko dlatego, że autentycznie tej Europy chcą? Czy Zachód ma odwagę przyznać, że Donbas i Krym to nie lokalny konflikt wschodnioeuropejskich dzikusów, ale ofensywa globalnej siły autorytarnej, uderzająca w sedno demokracji? Czy większości demokratycznych elit nie zabraknie świadomości trudnych wyborów ukraińskiej historii?

W tym szerszym kontekście znajduje się sprawa Grzegorza Kuprianowicza, polskiego historyka pochodzenia ukraińskiego, który 8 lipca przemawiał w Sahryniu (woj. lubelskie) pod pomnikiem ukraińskich ofiar ataku na tę wioskę Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej w 1944 roku. Powiedział wówczas, że „zginęli tu obywatele Rzeczypospolitej — ukraińscy prawosławni mieszkańcy tej ziemi, na której od stuleci żyli ich przodkowie. Zginęli oni z rąk innych obywateli Rzeczypospolitej, dlatego, że mówili w innym niż większość języku oraz byli innego wyznania”.

Wypowiedź wywołała oburzenie wojewody lubelskiego Przemysława Czarnka, który dzień później złożył zawiadomienie do prokuratury. Jego zdaniem wypowiedziana prawda historyczna „zrównuje 130 tysięcy ofiar (Polaków) ludobójstwa (dokonanego przez) Ukraińców nacjonalistycznych z kilkuset osobami, cywilami ukraińskimi, którzy zginęli w Sahryniu 10 marca 1944 r.”, a to „może stanowić przestępstwo”.

Instytucje się nie sprawdziły

To nie jest lokalny konflikt między dwojgiem ludzi w Lublinie. To sytuacja, która ujawniła poważny błąd debaty publicznej w Polsce na temat przeszłości, a także uwidoczniła pytanie o podmiotowość Ukraińców, obywateli RP. Kuprianowicz nie powiedział nic sensacyjnego. Słowa o tym, jak żołnierze w polskich mundurach zabijali ukraińskich cywilów, były powtarzane w trakcie każdej panachidy z udziałem mniejszości ukraińskiej w Polsce. Wojewoda lubelski również nie jest odosobniony w swoim dyskursie — jego racji bronią polscy nacjonaliści różnych kolorów, i to do nich wojewoda komunikuje w mediach.

Problem leży jednak gdzie indziej. Konkretnie w instytucjach, które w tym konflikcie musiałyby wskazać na racjonalne stanowisko mówiąc, że król — dokładniej wojewoda — jest nagi. Zamiast tego prokuratura, IPN i część mediów lubelskich postanowiła pokazać pozycję koniunkturalną. IPN — wycofując Kuprianowicza z własnej komisji; prokuratura — wszczynając śledztwo w sprawie wypowiedzi działacza ukraińskiego; lubelskie media — przypisując przed wyrokiem słowom Kuprianowicza status „skandalicznych”. Wykorzystano zasadę „prawdy pośrodku”, która jest dobra dla równej debaty, ale nie nadaje się do sytuacji ataków urzędnika państwowego na znacznie słabszego obywatela. Taka postawa otwiera drogę do kolejnych ataków.

W sytuacji, gdy instytucje się nie sprawdzają, społeczeństwo obywatelskie musi spróbować je zastąpić. Na tym polegał sens akcji Obywateli RP, 4 września przed budynkiem lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego: kilkanaście uczestników ruchu, łącznie ze mną, przeczytało kawałek wypowiedzi Grzegorza Kuprianowicza, powtarzając za nim, że zabójstwo Ukraińców w Sahryniu w 1944 r. było „zbrodnią przeciwko ludzkości” i od siebie dodając, że był to „akt ludobójstwa” popełniony przez Polaków. Potem uczestnicy złożyli zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przez siebie przestępstwa — z art. 133 Kodeksu Karnego RP o „znieważaniu narodu polskiego” i z art. 55 ustawy o IPN o „zaprzeczaniu zbrodniom ukraińskich nacjonalistów”.

Sensem akcji było pokazać, że przedstawiciele narodu polskiego, którzy wzięli w niej udział, nie boją się prawdy o przeszłości, nawet jeśli ona pokazuje naród polski nie w najlepszym świetle.

Najciekawsze jednak rozpoczęło się po pojawieniu się informacji o akcji w mediach. Komentatorzy na forach internetowych byli niezwykle aktywni, jedni zarzucali uczestnikom „zdradę interesów narodowych”, drudzy podważali prawa obywatelskie Obywateli RP sugerując, „że to jedynie polskojęzyczni obywatele” i wreszcie trzeci twierdzili, że uczestnicy są „zakamuflowanymi ukraińskimi nacjonalistami w Polsce”. Ktoś z komentatorów wyraził swoje rozczarowanie akcją, bo to „kpina z ofiar rzezi wołyńskiej”. Wojewoda lubelski, do którego protestujący przynieśli kopię swojego oświadczenia, powiedział, że nie będzie polemizował „z głupotą”, a jego rzecznik nazwał sytuację „powielaniem kłamstw” Grzegorza Kuprianowicza, „które nie są prawdziwe i są nie do zaakceptowania”.

Demokracja „nie do zaakceptowania”?

Графіка – Андрій Філь.

Sprawa Kuprianowicza – to historia o tym, jak łatwo zrobić z prawdy jeśli nie kłamstwo, to pół prawdę. Prokurator lubelskiego IPN, choć nie wszczął śledztwa przeciwko Kuprianowiczowi, dodał jednak pouczająco, że „prezes Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie w swoim przemówieniu skupił się wyłącznie na wydarzeniach w Sahryniu i ofiarach ukraińskich. Pominął zaś »niewygodne« fakty związane z rolą, jaką odgrywał Sahryń w zbrodniczej działalności UPA […], w tym kontekście prokurator podzielił stanowisko zawiadamiającego, że sposób przedstawienia […] wydarzeń w Sahryniu może prowadzić do zachwiania właściwych proporcji”.

Ten akapit w komunikacie IPN zgubił wielu ludzi, z którymi rozmawiałem. Żeby przyznać rację Kuprianowiczowi i nie łudzić się „prawdą po środku”, warto przypomnieć, że w Sahryniu zginęło kilkuset cywilów (w tym, jak policzył prof. Igor Hałagida, pracownik IPN w Gdańsku, ponad 500 kobiet i prawie 300 dzieci), którzy nie byli „przypadkowymi ofiarami akcji odwetowej”. Inny, już były pracownik IPN, jeden z najbardziej znanych polskich badaczy konfliktu polsko-ukraińskiego, Grzegorz Motyka pisze wyraźnie: „w 1944 roku [polskie] podziemie [na Lubelszczyźnie] postanowiło, niestety, pójść krok dalej i zastosować wobec Ukraińców zasadę odpowiedzialności zbiorowej na skalę dotąd w polskich działaniach niespotykaną […], postanowiono miejscowych Ukraińców potraktować tak, jak wcześniej niemieckich kolonistów [czyli zabić albo wypędzić — I.I.]” (G. Motyka, Od rzezi wołyńskiej do „Akcji Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943—1947, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 292—293).

Prokurator IPN wskazując Kuprianowiczowi co ma mówić, niewątpliwie zauważył (badał sprawę w ciągu kilku tygodni przecież), że działacz adresował swoją wypowiedź do uczestników uroczystości, potomków ofiar zbrodni w Sahryniu, stojąc na miejscowym cmentarzu prawosławnym. Odrzucił jednak kontekst i potraktował przemówienie Kuprianowicza niczym doktorat na temat genezy konfliktu polsko-ukraińskiego. Zresztą, w tym samym czasie prezydent Andrzej Duda przemawiał w Ołyce na ukraińskim Wołyniu i także nie wspomniał, że w polskich koloniach nie tylko ukrywali się cywilni Polacy, ale też stacjonowała partyzantka polska. Czy prokuratorzy IPN zwrócili na to uwagę? Czy też zauważyli, że prezydent w czasie swego przemówienia obniżył liczbę ukraińskich ofiar rzezi wołyńskiej 2,5 razy w porównaniu z liczbą IPN? Czy może, w imię polskiego interesu narodowego, lepiej nie robić z tego sprawy?

Wrócić do równej debaty

Prześladowanie „myślozbrodniarzy” w polskiej debacie historycznej nie rozpoczęło się od ustawy o IPN, zmiany rządu w roku 2015, czy nawet od głośnej sprawy Jana Tomasza Grossa. Bramę do ukierunkowania historiografii w stronę etniczną otworzono 10 lipca 1996 r., kiedy to Prokuratura Wojewódzka w Warszawie, po zawiadomieniu „patriotycznej” organizacji z Przemyśla, sformułowała akt oskarżenia przeciwko historykowi pochodzenia ukraińskiego Mikołajowi Siwickiemu, ponieważ w swojej trzytomowej pracy „Dzieje konfliktu polsko-ukraińskiego” miał publicznie nawoływać do „waśni na tle różnic narodowościowych” i „oskarżać Polaków o ludobójstwo Ukraińców”.

Mimo że sąd ostatecznie uniewinnił historyka, w debacie publicznej utworzyła się opozycja: „mniejszość ukraińska w Polsce” — „polscy nacjonaliści”, z prawdą gdzieś po środku. Kolejne pokolenia polskich demokratów nie stając w obronie Siwickiego, świadome unikali niebezpiecznej „kwestii ukraińskiej”. Taki „manewr” przyniósł dzisiejszą opłakaną sytuację, kiedy obrona mniejszości narodowej i szerzej demokracji jest wpisywana w dyskurs jako „obrona ukraińskiego nacjonalizmu”.

Wtorkowa akcja spotkała się nie tylko z intensywną falą „mowy nienawiści”, ale była to pierwsza akcja ruchu, która spotkała się z wyjątkowo negatywną opinią komentatorów na forach internetowych (zazwyczaj opinie są podzielone na zwolenników i przeciwników). Ogrom nienawiści wobec ruchu pokazuje, jak głębokie są zaniedbania w relacjach z jednym z najważniejszych sąsiadów Polski i z największą mniejszością w Polsce.

Категорії : Україна-Польща

Схожі статті

Напишіть відгук

Ваша пошт@ не публікуватиметься. Обов’язкові поля позначені *

*
*