Ostap KusznirARTYKUŁY, OŚWIADCZENIA2011-09-29

Uczelnia Łazarskiego w Warszawie, założony w 1993 roku jest uważany za jedną z najstarszych i najbardziej prestiżowych uczelni prywatnych w Polsce. Zawsze wyróżniała ją otwartość na kandydatów na studentów z Ukrainy i Białorusi. Dlatego też nie dziwi, że w tak zwanym „Łazarskim” można spotkać się wielu Ukraińców. O to, jak im wiedzie się na tym uniwersytecie, najlepiej spytać ich samych. Przedstawiamy czytelnikom trzy historie z uniwersytetu Łazarskiego. Historie ludzi, którzy dopiero zaczynają realizować swoje cele, oraz tych, którzy już coś osiągnęli.

{mosimage}

Anton KOSTIUCZKOW: „Przyjechałem po to, by przejąć europejskość od Europejczyków”
Kiedy spotkałem się z Antonem po raz pierwszy, pomyślałem, że pochodzi z Włoch. Ma czarne włosy, ciemne oczy i szeroki uśmiech, typowy dla ludzi Południa. Jednak urodził się i dorastał w Kijowie, gdzie ukończył szkołę z rozszerzonym nauczaniem języka angielskiego, a następnie koledż przy Kijowskim Narodowym Uniwersytecie Ekonomicznym im. Wadyma Hetmana, tam tez zdobył tytuł bakałarza. Obecnie jest magistrantem na kierunku „stosunki międzynarodowe” w uczelni Łazarskiego.
Do kontynuowania nauki w Polsce skłoniła go… arytmetyka. Okazało się bowiem, że czesne za studia magisterskie w KNUE jest takie samo jak na Uniwersytecie Łazarskiego, jednak i same studia, i możliwości, jakie daje ich ukończenie – różne: „Pomyślałem, że dzięki edukacji w Warszawie,zdobędę dwa dyplomy, jednocześnie polski i brytyjski (Anton uczył się w programie akredytowanym przez Uniwersytet Walijski), nie wspominając już o tym, że zaliczę kolejne poziomy znajomości języków obcych oraz możliwość zapoznania się z kulturą zachodnią”. Oceniając różnicę w studiach na Ukrainie i w Polsce Anton na początku zauważa: „Już w pierwszych dniach polubiłem kanapy na korytarzach. Ich obecność wskazuje na szacunek, z jakim władze uczelni odnoszą się do studentów: tutaj myśli się o komforcie uczących się. Na Ukrainie studenci czas wolny między zajęciami najczęściej spędzają na parapetach”. Żarty żartami, ale, zdaniem Antona, system kształcenia różni się dość istotnie. Zaczynając od sposobu oceniania, a kończąc na sposobie prowadzenia zajęć. „Zadania domowe”, na przykład, nie służą utrwaleniu wygłoszonego wykładu, a przygotowaniu do następnego. Po przerobieniu materiału student ma się przygotować do dyskusji o nim. Oprócz tego, w zagranicznej wyższej szkole jest zdrowa konkurencja. To normalne, że jest ktoś, kto osiąga lepsze rezultaty, i on podnosi poprzeczkę wyżej. I to jest dobre.
Jak oceniasz swoje perspektywy po zakończeniu nauki? Czy zamierzasz wrócić na Ukrainę?
– Dla mnie powrót na Ukrainę nie stanowi problemu, nie jest tak, że ciężko tam znaleźć pracę. Ale ja chcę pomagać ludziom, pracować z dziećmi, ratować zwierzęta. Mnie interesuje współpraca z organizacjami pozarządowymi w rodzaju Greenpeace, Human’s Right’s Watch, Freedom House. Nawet w charakterze wolontariusza. Na Ukrainie, niestety, jest to niemal niemożliwe. Tam nawet nie istnieje pojęcie wolontariatu, bo każdy „wolontariusz” szuka jakichś korzyści dla siebie. A w Polsce są setki takich organizacji, które chętnie zapraszają do współpracy.
A co myślisz o Ukraińcach mieszkających w Polsce?
– Różnie. Z jednej strony, jest wielu gotowych pomóc, doradzić, coś wyjaśnić. Sami myślą twórczo i pobudzają kreatywność innych. Z drugiej strony, są i tacy, których jakby nic nie ciekawiło. Na przykład, niektórzy Ukraińcy, których poznałem na uniwersytecie, nie są nastawieni na inny sposób życia. jeden szuka, od kogo by tu spisać, drugi chce coś osiągnąć czyimś kosztem. Z takimi jak oni bardzo często miałem do czynienia w Kijowie. Przyjechałem tu, aby chłonąć europejskość od Europejczyków, ich indywidualizm, otwartość, ich podejście do pojęcia szczęścia.

{mosimage}

Julia OPRUNENKO: „Jestem zadowolona z pracy – jest bardzo interesująca”
Julia urodziła się w obwodzie chmielnickim, gdzie ukończyła szkołę, później wstąpiła na Uniwersytet Narodowy „Akademia Ostrogska” na Równieńszczyźnie. Naukowy stopień magistra zdobyła w Kijowie, na Uniwersytecie im. Wadyma Hetmana. Potem przez rok pracowała w stolicy. W końcu znów zdecydowała się na zmianę miejsca zamieszkania i zdobycie nowych doświadczeń – za granicą.
Zamiar kontynuowania nauki w UE dojrzewał w rodzinie Julii długo. Jednak problem w jakiej uczelni studiować pozostawał otwarty. Aż do czasu, kiedy jej mama na jednych z targów oświatowych nie znalazła materiałów reklamowych Uniwersytetu Łazarskiego. Po ukończeniu tej uczelni Julia została jej pracownikiem w oddziale marketingu oraz komisji rekrutacyjnej. Jak sama mówi, jest zadowolona z pracy, jest ona bardzo ciekawa. Jednocześnie podkreśla, że znalezienie pracy zależy głównie od tego, na ile płynnie kandydat włada językiem polskim, czy moment, kiedy poszukuje pracy, jest sprzyjający. Julia miała szczęście, teraz koordynuje przyjęcie wszystkich chętnych kandydatów z Ukrainy „od pierwszego listu potencjalnego studenta aż do momentu, kiedy maturzysta zostaje przyjęty na studia. Zakres obowiązków jest bardzo duży, bo pracuję też przy kampanii reklamowej”.
Ilu ogółem cudzoziemców uczy się na Uniwersytecie Łazarskiego?
– Na Uczelni około 500 osób, czyli około 10%, to zagraniczni studenci. Na naszym uniwersytecie uczą się studenci z ponad dwudziestu krajów. Wśród studentów z Ukrainy przeważają pochodzący ze wschodu kraju, głównie z obwodu charkowskiego; nieco mniej jest z Kijowa oraz z zachodnich regionów – Iwano-Frankowska, obwodu lwowskiego czy Wołynia.
Jaka jest dynamika naboru Ukraińców w ciągu ostatnich lat i jakie kierunki cieszą się największym zainteresowaniem?
– Wśród studentów najbardziej stosunki międzynarodowe – z językiem polskim i angielskim. Warto podkreślić, że absolwenci programu anglojęzycznego, akredytowanego przez Uniwersytet Walijski, otrzymują dwa dyplomy: brytyjski i polski. Z tego powodu z każdym rokiem zainteresowanie brytyjskimi programami naszego uniwersytetu rośnie.
Co daje ukraińskiemu studentowi dyplom zagranicznego uniwersytetu zarówno w Polsce, tak i na Ukrainie?
– Jeśli chodzi o UE, to dyplom uniwersytetu otwiera możliwości znalezienia tu pracy czy realizowania pewnych celów, których na Ukrainie, niestety, póki co nie można by zrealizować. A na Ukrainie posiadacz takiego dyplomu nie ma w niczym gorszej pozycji niż absolwent ukraińskiej uczelni. Ponadto dyplom zagranicznego uniwersytetu, na przykład Łazarskiego, zwiększa zainteresowanie pracodawcy potencjalnym pracownikiem – to taki „rodzynek” w CV.

{mosimage}

Mirosława KERYK: „To, że jestem Ukrainką, odegrało pozytywną rolę”
Urodzona w regionie lwowskim Mirosława jest absolwentką historii Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franki. Potem uczyła się na studiach magisterskich na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Po ich ukończeniu zrobiła doktorat w Szkole Nauk Społecznych Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Obecnie jest wykładowcą w uczelni Łazarskiego, pracuje naukowo i jednocześnie zajmuje się działalnością społeczną, szefując fundacji „Nasz wybór”.
Lwów-Budapeszt-Warszawa. Dlaczego w Pani życiu powstał taki trójkąt?
– Jeździłam z miejsca na miejsce, szukając możliwości uczenia się i zdobycia stypendium. Wybór Polski jako punktu docelowego i był zaplanowany, i nie był. Na Ukrainie nie widziałam możliwości pracy nad doktoratem. Tak więc, korzystając z atrakcyjnych warunków i możliwości, znalazłam się tutaj.
Pani Mirosławo, uczyła się Pani w trzech krajach. Jakie są różnice w ich systemach kształcenia?
– Zacznijmy od tego, że studiowanie za granicą jest bardziej interesujące. Student sam wybiera przedmiot i wykładowców, dzięki czemu mniej opuszcza zajęcia. Oprócz tego, po studiach na ukraińskim uniwersytecie miałam wrażenie, że nie potrafię myśleć samodzielnie. Na Ukrainie kładzie się akcent na wkuwanie faktów. Ja potrzebowałam czegoś więcej, interesowało mnie, jak i co można badać w historii, chciałam poznać nowe metodologie. Europejskie uniwersytety proponują takie właśnie analityczne podejście. Studenci uczą się samodzielnie podejmować decyzje.
Porównując lwowskie i warszawskie środowiska, Mirosława stwierdza, że wiele rzeczy odbywa się tu w prostszy sposób. Lwowianom właściwy jest snobizm. Mirosława, na przykład, miała poczucie, że do pewnego środowiska nie zostanie dopuszczona. Warszawa – i jako stolica, i jako duże miasto – była dla niej przełomem. Szybko pojawiły się perspektywy i możliwości samodoskonalenia.
Na samym początku Mirosława szukając pracy na uczelni rozsyłała CV do dziekanatów i działów kadr. Aż wreszcie znajoma poradziła jej, żeby nawiązała kontakt z Uczelnią Łazarskiego, która poszukała pracownika administracyjnego i wykładowcę. Po rozmowie kwalifikacyjnej Mirosława została zatrudniona na etat. „To, że jestem Ukrainką, odegrało pozytywną rolę. Znając ukraiński, rosyjski, angielski i polski, od razu byłam interesująca dla szkoły, który aktywnie współpracuje ze Wschodnią Europą”. Jeśli mówimy o działalności społecznej, to prowadzona przez Mirosławę fundacja „Nasz wybór” zaczęła regularnie organizować spotkania z ludźmi, cieszącymi się autorytetem wśród emigrantów. Oprócz tego, „Nasz wybór” dołączył się do projektu Międzynarodowej Organizacji Migracyjnej.
Czy ma Pani swoje credo życiowe?
– Oj, nie zastanawiałam się nad tym. Chociaż może – robić to, co lubię, co daje mi satysfakcjęe. A jeśli przynosi to jeszcze korzyść innym ludziom, to o czym więcej mogłabym marzyć?

Artykuł w j. ukraińskim ukazał się w nr 29 „Naszego Słowa” (17.07.2011);
„Наше слово” №29, 17 липня 2011 року

Поділитися:

Категорії : Статті

Напишіть відгук

Ваша пошт@ не публікуватиметься. Обов’язкові поля позначені *

*
*