Piotr KościńskiARTYKUŁY, OŚWIADCZENIA №38, 2015-09-20

Wyjazdy zagraniczne prezydenta Andrzeja Dudy i jego współpracowników pokazują, iż nowy prezydent poważnie potraktował swoje słowa: „nie jestem zwolennikiem rewolucji w polityce zagranicznej, ale będą korekty, czasami głębokie”. Oczywiście, w Polsce prezydent buduje samodzielnie polityki zagranicznej – to przede wszystkim domena rządu i MSZ – ale ma na nią znaczący wpływ.
Czy można się spodziewać szczególnej aktywności szefa polskiego państwa w kierunku wschodnim? Że tak właśnie będzie, wskazuje na to jego pierwsza wizyta. W Tallinie, 23 sierpnia (rocznica paktu Ribbentrop-Mołotow), prezydent Duda pokazał, jak ważna jest dla Polski wspólna historia państw Europy Środkowej i Wschodniej i pamięć o dwóch totalitarnych reżimach: hitlerowskim i sowieckim. Ale jak wskazywał, nie chodzi tylko o pamięć, ale i o to, jakie z tamtych czasów powinniśmy wyciągać wnioski na dziś. – Nie ma pokoju na świecie bez poszanowania prawa międzynarodowego. To jest sprawa jednoznaczna. Nie wolno nam się zgadzać na przypadki łamania tego prawa, kiedy naruszane są granice i suwerenność i niepodległość krajów. Tak się niestety znów dzieje w Europie – mówił.

Prezydent zaproszony do Kijowa
Co prawda Andrzej Duda nie wymienił w swym wystąpieniu żadnego państwa z nazwy, ale wiadomo dokładnie, o co chodzi – dziś przecież kluczowym problemem dla Europy jest przypadek tak rażącego złamania prawa międzynarodowego, jak aneksja Krymu przez Rosję i wspieranie przez ten kraj separatystów na Donbasie. Stanowisko w sprawie Ukrainy jest więc oczywiste.
Nie było jednak jasne, jak ułożą się bezpośrednie kontakty nowego szefa państwa z prezydentem Ukrainy Petro Poroszenką i w ogóle z władzami w Kijowie. Ukraina nie znalazła się na liście krajów, do których ma się udać Andrzej Duda w pierwszych miesiącach swego urzędowania.
Po niedawnej wizycie prezydenckiego ministra Krzysztofa Szczerskiego w Kijowie (początek września) wiemy już więcej. Minister Szczerski został przyjęty zarówno przez prezydenta Petra Poroszenkę (który przekazał mu zaproszenie do Kijowa dla Andrzeja Dudy) oraz przez premiera Arsenija Jaceniuka. Głównym tematem rozmów była sytuacja w Donbasie oraz reformy na Ukrainie, w tym zwłaszcza wspierana przez Polskę decentralizacja (reforma samorządowa).
Wcześniej polski prezydent wskazywał, że pożądana byłaby zmiana obecnego formatu rozmów w sprawie Donbasu, z obecnego, tzw. normandzkiego, na taki, w którym uczestniczyliby przedstawiciele USA i UE oraz zainteresowanych sąsiadów Ukrainy, a więc i Polski. Petro Poroszenko wykluczył możliwość zmiany formatu (zresztą, zapewne nie zgodziłaby się na to Rosja, będąca kluczowym uczestnikiem rozmów). Niedawno wiceszef administracji prezydenta Ukrainy Kostiantyn Jelisejew oświadczył, iż „Ukraina koordynuje swoje stanowisko ze stroną polską” i że we wrześniu omówiona zostanie możliwość przyłączenia Warszawy do rozmów o uregulowaniu sytuacji w Donbasie. Natomiast Krzysztof Szczerski jeszcze przed wyjazdem do Kijowa podkreślił, że „Polska nie zamierza wpisywać się do formatu normandzkiego”, bo przecież nie tego dotyczyły propozycje prezydenta Dudy. Zresztą, niezależnie od chęci Warszawy czy Kijowa do modyfikacji obecnej czy też stworzenia jakiejś nowej formuły potrzebna jest wielostronna zgoda, przede wszystkim obecnych uczestników dialogu prowadzonego w Mińsku. Ważna jest natomiast wyrażona wprost przez przedstawiciela Kijowa wola ścisłej współpracy z Polską przy rozwiązywaniu konfliktu w Donbasie.

Zaangażowanie Polski
Zresztą, taka wola była i wcześniej, a w szczególnie dramatycznych dla Ukrainy chwilach, gdy trwa wojna na wschodzie tego kraju, trwała normalna współpraca. Pojawiały się jednak głosy, że niektórzy politycy ukraińscy nie są szczególnie zainteresowani aktywnym udziałem Warszawy w sprawie wojny w Donbasie. Że niespecjalnie zwracają uwagę na nasz kraj, bo „z założenia” jest i będzie on Ukrainie przychylny. Niepodległość naszego wschodniego sąsiada i jego zbliżenie z Unią Europejską leży bowiem w interesie Polski, a więc nie trzeba się starać o polskie wsparcie.

Słowa prezydenta Poroszenki i jego współpracowników, a także premiera Jaceniuka, zwłaszcza te wypowiedziane podczas wizyty ministra Szczerskiego oraz niedawno, podczas jego wizyty w Warszawie, wskazują, że jest inaczej: Ukrainie zależy na Polsce. I to nie tylko na dobrej współpracy, ale też na współdziałaniu w kwestii dla Kijowa najtrudniejszej.
W wymiarze praktycznym można się zapewne spodziewać rekonstrukcji ustanowionych już dawno, rozmaitych struktur współpracy polsko-ukraińskiej, w tym na przykład komitetu konsultacyjnego prezydentów obu krajów. Tak, by spotkania szefów państw były uzupełniane współdziałaniem na wszystkich szczeblach.
Bo przecież wojna na wschodzie Ukrainy i reformy nie wyczerpują wszystkich, możliwych tematów współpracy. Jesteśmy sąsiadami, co oznacza rozmaite problemy, jak choćby konieczność poprawy infrastruktury granicznej i przygranicznej (jak choćby planowanej od lat dobudowy brakujących 35 km kolejowej linii „normalnotorowej”, tak, by polskie pociągi mogły jeździć z Przemyśla do Lwowa bez wymiany kół) czy zaspokojenie potrzeb mniejszości narodowych, ukraińskiej w Polsce i polskiej na Ukrainie.

Sprawa historii
Jest też jeszcze jedna kwestia, nie podnoszona oficjalnie przez przedstawicieli polskich władz, ale obecna (i to chyba coraz bardziej) w publicznej debacie o stosunkach polsko-ukraińskich, przede wszystkim po stronie polskiej. Chodzi oczywiście o sprawy historyczne, a przede wszystkim o ustawę o ugrupowaniach, które walczyły o wolność i niepodległość Ukrainy i określenie w niej, iż taką formacją była UPA. W Polsce UPA kojarzona jest niemal wyłącznie z rzezią wołyńską i „heroizowanie” wszystkich bez wyjątku jej członków przyjęte zostało fatalnie. Analiza ukraińskich mediów i wypowiedzi polityków z tego kraju wskazuje, że nasi partnerzy nie bardzo rozumieją, o co Polakom chodzi i doszukują się czasem działania jakiejś „rosyjskiej ręki”.
Można niestety odnieść wrażenie, że dialog w sprawie historii polsko-ukraińskiej toczy się niejako wewnętrznie, oddzielnie w Polsce i oddzielnie na Ukrainie. Oczywiście, bywa, że spotykają się historycy, są kontakty instytutów pamięci narodowej obu krajów. To wszystko jednak za mało, by sprawa UPA i Wołynia przestała nas dzielić. „Zamiatanie jej pod dywan” w niczym nie pomoże, bo tego już po prostu nie da się zrobić.
Można tylko mieć nadzieję, że kontakty między prezydentami Dudą i Poroszenką oraz premierami i rządami obu krajów pomogą w znalezieniu dobrej formuły dialogu historycznego. Tak, by strona ukraińska zrozumiała polskie żale i pretensje (w tym – żal i smutek rodzin ofiar Wołynia), a strona polska pojęła, czym była UPA w różnych okresach jej istnienia i jakie ma znaczenie dla historii Ukrainy ten jej wątek, jakim była partyzancka walka z Sowietami do lat pięćdziesiątych XX wieku.
To z pewnością pomoże w rozwiązywaniu problemów bieżących naszej współpracy. Nie mówiąc już o tym, że utrudni pracę rozmaitym internetowym „trollom”, którzy usiłują dramat sprzed kilkudziesięciu lat wykorzystać do bieżących potrzeb politycznych.


Autor jest ekspertem ds. wschodnich

Пйотр Косьцінський, спеціаліст у східних справахПОГЛЯДИ№38, 2015-09-20

Поділитися:

Категорії : Статті

Напишіть відгук

Ваша пошт@ не публікуватиметься. Обов’язкові поля позначені *

*
*