Nie zawsze ważne jest ile osób czyta pismo, tylko kto czyta

Rozmawiał Jarosław PrystaszARTYKUŁY, OŚWIADCZENIA2009-06-25

Na polskim rynku prasowym ukazało się nowe pismo specjalizujące się w tematyce wschodniej. Proponujemy czytelnikom rozmowę z Andrzejem BRZEZIECKIM, redaktorem naczelnym „Nowej Europy Wschodniej”.

Skąd wzięła się idea stworzenia dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia”?
W „Tygodniku Powszechnym” wydawaliśmy dodatki „Nowa Europa Wschodnia”, których spiritus movens był szef działu zagranicznego Wojciech Pięciak. Pomysł narodził się po pomarańczowej rewolucji na Ukrainie.
Niestety „TP” nie mógł ich unieść, tzn. nie mógł wydawać ich regularnie. Natomiast Jan Andrzej Dąbrowski, prezes Kolegium Europy Wschodniej, które realizuje projekty dotyczące Europy Wschodniej, myślał właśnie o takim piśmie. I tutaj się spotkaliśmy: powstał pomysł przeniesienia tego tytułu na nową płaszczyznę. Dodatki tygodnikowe były ograniczone, miały raptem kilka kolumn i wychodziły nieregularnie. Teraz pismo wychodzi regularnie i liczy 160 stron. Taka jest geneza techniczna.
Natomiast ideowy impuls do powstania tego pisma to rewolucja ukraińska i wcześniejsza gruzińska. Niezależnie od tego, co dzisiaj byśmy mówili o owocach tych rewolucji, to był to przełom: Wschodnia Europa zrywała, albo próbowała zerwać, nie tyle z dzieciństwem radzieckim, co już z poradzieckim. Stąd tytuł „Nowa Europa Wschodnia”. Nowa, czyli nie poradziecka. Słowo „poradziecki” używane jest powszechnie, ale sugeruje, że jedynym wyznacznikiem Europy Wschodniej jest, że kiedyś te kraje były radzieckie. Jakby nie miały innej tożsamości. Uważamy, że tak jak Polacy powinni już coraz mniej używać słowa „kresy” – bo to słowo ciągle sugeruje np. Ukraińcom, że żyją na ziemi, która kiedyś nie była ich, tak powinniśmy starać się szukać innego określenia niż „przestrzeń poradziecka”. Ono pada w naszych tekstach, bo na razie nie ma lepszego, ale mam z tym kłopot. Ta część Europy to coś więcej niż tylko poradzieckość i „Nowa Europa Wschodnia” ma właśnie to pokazywać.

We wstępie jest takie zdanie: „Pismo ma być miejscem spotkań i publikacji osób, które w różny sposób wpływają na polską i europejską politykę wschodnią.” Czy uważa pan, że tym pismem można wpłynąć na politykę polską?
Nowa Europa Wschodnia to pismo niszowe, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa – zostało pomyślane dla ludzi, którzy wiedzą czego chcą i wiedzą czym, się interesują. Nasi adresaci to dziennikarze, analitycy, eksperci, studenci akademicy, którzy zajmują się zawodowo Europą Wschodnią, to też są w jakiejś części politycy, którzy zasiadają w komisjach zagranicznych i w Parlamencie Europejskim. Nie zawsze ważne jest, ile osób czyta pismo, tylko kto je czyta.
Nie sądzę, aby ten dwumiesięcznik wpływał bezpośrednio na politykę, ale może będzie otwierał oczy na ten region i pokazywał różne jego kolory i w ten sposób będzie pomagał ludziom, którzy współdecydują o polskiej czy europejskiej polityce wschodniej. To jest taka okrężna droga, ale szersza. Chcemy pokazywać tę Europę przez jej literaturę, kulturę, życie społeczne. To nie przekłada się bezpośrednio np. na umowy polsko-ukraińskie, ale być może tworzy jakiś klimat zainteresowania Ukrainą.

Na ile rozumiem, jest szeroki krąg współpracowników ważniejszych ośrodków w Polsce, którzy zajmują się Europą Wschodnią, piszący do NEW jako eksperci. Czy nie jest tak, bo mam takie wrażenie, że pisze się we własnym kręgu i warzy się we własnym sosie. Wszyscy o Wschodzie myślą mniej więcej tak samo.
Jeśli nawet „we własnym sosie”, to na pewno jest to sos bardzo smaczny. Siłą rzeczy zbiór autorów jest ograniczony do ludzi zajmujących się regionem, bo przecież trudno byłoby zmusić np. ichtiologa do pisania o historii Europy Wschodniej… Po pierwsze jednak naszymi autorami są ludzie o znanych nazwiskach, jak Lilia Szewcowa czy Witalij Portnikow, jak i studenci. Po drugie jesteśmy otwarci na różne poglądy. W numerze 2 opublikowaliśmy tekst Fiodora Łukianowa reprezentujący stanowisko rosyjskie i tłumaczący racje Kremla. W sposób wyważony, ale zasługujący na polemikę. I taką polemikę napisał Sławomir Popowski. Trudno więc powiedzieć, aby to pismo było zamknięte w jednym kręgu.

Patrząc na działy w spisie treści, brakuje dla mnie jednego ważnego działu, mianowicie kultury. Nie wszyscy znają kulturę na Wschodzie. Wszyscy mniej więcej znają sprawy polityczne, ale na przykład kulturę Łotwy? Nikt nie dowie się, co ciekawego odbywa się w literaturze, czy filmie.
Brak tej tematyki może być wyrównywany przez literaturę, czy recenzję. Rzeczywiście, jest tu niedostatek, ale to są dopiero pierwsze numery. Łatwiej by mi było odpowiedzieć po dziesięciu numerach, kiedy baza autorów będzie większa. Cały czas szukamy ludzi, którzy potrafiliby pisać o wydarzeniach kulturalnych na Wschodzie, o wystawach, przedstawieniach czy filmach. Trzon redakcji, to ludzie zajmujący się polityką, geopolityką, historią albo gospodarką. Mamy więc szerokie kontakty z publicystami politycznymi, ludzi kultury wciąż szukamy.

W tej chwili brakuje mediów specjalizujących się Europą Wschodnią w Polsce. Był „ABC” i „Obóz”, więc weszliście w pustą niszę. Mam wrażenie, że staracie się zastąpić lukę po „Kulturze”. „Kultura” była popularna wśród intelektualistów i studentów, miała szeroki rozdźwięk.
Czy zapełniamy miejsce po „Kulturze”? To dopiero za 50 lat można by się pokusić o odpowiedź na takie pytanie. Zresztą i tak „Kultura” była czymś niezastąpionym. Być może, mam taką nadzieję, trafiamy do podobnego czytelnika.
Rynek prasowy w Polsce jaki jest, każdy widzi. I dużym tytułom, i małym tytułom spada sprzedaż. To zmusza wszystkich do oszczędności. A te najczęściej robi się na działach zagranicznych, co potwierdzą dziennikarze największych mediów w kraju. Jest Internet i wyszukiwarki, więc nie trzeba posyłać korespondentów za granicę. Liczba stałych korespondentów wciąż maleje. Po drugie polski czytelnik bardziej zainteresuje się aferą seksualną w Samoobronie niż problemami zagranicznymi.
Dlatego w mediach sprawy zagraniczne, i w tym kontekście Wschód, są traktowane coraz mniej poważnie. Media skupiają się na nich od wielkiego dzwonu, gdy są wybory w Stanach Zjednoczonych, rewolucja na Ukrainie, wojna w Gruzji. Ale takie doraźne zainteresowanie jest płytkie, bo jeżeli tej działki nie uprawia się przez parę, to na niej nic szczególnego nie wyrośnie. Dziennikarz, któremu redakcja każe pisać np. o Ukrainie, gdy on tam nie jeździ, powieli jedynie to, co znalazł w internecie. I tak, tematyka wschodnia, refleksja nad nią, która niby jest okrętem flagowym Polski i naszą marką w UE, pada w jakimś sensie ofiarą zmian na rynku prasowym. Bo gdzie mają się ścierać opinie jeśli, nie na łamach poważnych gazet? Stąd idea projektu nie obliczonego na zysk. Dlatego „NEW” nie można postrzegać jako produktu rynkowego, który wchodzi w jakąś niszę.

Miałem na myśli kontynuację idei i polityki „Kultury”.
Nie wypada mi mówić o „kontynuacji” dzieła „Kultury”, bo to byłaby jakaś straszna megalomania. Jeśli za pięćdziesiąt lat „NEW” będzie się ukazywać i ktoś powie, że ma to coś wspólnego z „Kulturą”, to będzie nam ogromnie miło i będzie to dla nas zaszczyt, ale nam samym nigdy nie będzie wypadało tego powiedzieć.
Pismo wydaje Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego, który choć czasem spierał się z Jerzym Giedroyciem, to jednak reprezentował podobny styl myślenia o Polsce i razem niejedno zrobili. W radzie Kolegium zasiada Bohdan Osadczuk – wieloletni współpracownik „Kultury”, Kolegium tłumaczy na białoruski wiersze Czesława Miłosza. Choćby to pokazuje skąd czerpiemy. I Kolegium, i „NEW” powstały z przekonania, że Wschodem należy się interesować, że jest to dla Polski z przyczyn historycznych, politycznych i społecznych jeden kluczowych tematów. Taki pogląd reprezentowała „Kultura”.

Jaki jest w tej chwili nakład?
Zaczęliśmy od trzech tysięcy z założeniem, że od 2009 roku wydawać będziemy dwa tysiące. Oczywiście nie jesteśmy wielkim tytułem, który może sobie pozwolić na badania rynku, działamy trochę intuicyjnie, ale jeśli okaże się, że w Polsce jest grupa dwóch tysięcy ludzi gotowych co dwa miesiące kupić pismo o Wschodzie, to znaczy, że wcale nie jest tak źle.

Dziękuję za rozmowę.

Artykuł w j. ukraińskim ukazał się w nr 8 „Naszego Słowa” (22.02.2009) „Наше слово”; №8, 22 лютого 2009 року

Категорії : Artykuły

Напишіть відгук

Ваша пошт@ не публікуватиметься. Обов’язкові поля позначені *

*
*